O dbaniu o odporność napisano już tysiące postów, artykułów, blogów. Każdy ma swój sposób, każdy swoje przekonania i złote rady. Zwłaszcza w dzisiejszych, "koronowirusowych" czasach, temat odporności jest na czasie. Postanowiłam także podzielić się moimi przemyśleniami.
Dziecko musi swoje przechorować.
Ileż to razy myślałam: "wyjdzie na deszcz, to się przeziębi", "krzyczy, to będzie miał chrypę, a po chrypie zapalenie krtani", "spotka się z chorymi dziećmi, to się zarazi", i tym podobne ludowe oczywistości. I naturalnie w to wierzyłam. Unikałam spotkań z chorymi, odpuszczałam wychodzenie na dwór w brzydką pogodę i panikowałam przy każdym chrząknięciu. Jednak pomimo tych wszystkich zapobiegawczych zachowań, mój syn i tak chorował. A jeśli nie on, to ja. Był rok, że chorował co miesiąc. Czym bardziej się przejmowałam, tym chorował bardziej i dłużej. Antybiotyki, inhalacje, a nawet szpital. "Dziecko musi swoje przechorować", słyszałam od wszystkich naokoło. Denerwowałam się, ale święcie w to wierzyłam. Aż pewnego dnia przestałam się przejmować, a mój syn jak za dotknięciem różdżki przestał chorować.
Odporność jest w głowie.
Ktoś powie: bzdura, pewnie swoje przechorował i mu przeszło. Być może, jednak ja wierzę w to, że wywoływałam te choroby. Swoim strachem, swoim wyszukiwaniem objawów. Napędzałam spiralę, która raz nakręcona, nie chciała się odkręcić. Czy bardziej się bałam, tym więcej chemikaliów wlewałam
i wpsikiwałam w syna. Zupełnie niepotrzebnie.
Ponieważ nasze myśli kreują rzeczywistość, możemy na nią w oczywisty sposób wpływać. I jeśli wierzę, że lody leczą chrypę, a nie ją powodują - to tak właśnie będzie. Jeśli wierzę, że wyjście bez czapki nie spowoduje zapalenia ucha, to moje uszy są całkowicie bezpieczne. Jeśli mam przekonanie, że bez antybiotyków da się wyleczyć większość chorób - to dokładnie tak się stanie.
Czary-mary zamiast leków.
Nie jestem jeszcze na tym etapie, że odmówiłabym leków w przypadku poważnej choroby i leczyła się samymi wierzeniami. Stosuję leki przeciwgorączkowe czy antybiotyki, ale odkąd nie boję się, że zachoruję, nie muszę ich tak często używać. Zaczęłam zagłębiać się w Totalną Biologię. Rzeczywiście brzmi jak magia, ale jak tłumaczą na www.hakujzdrowie.pl to tylko biologia plus fizyka plus psychologia. Tylko tyle i aż tyle.
Nie boję się koronawirusa. Wierzę, że te wirusy były z nami od dawna. Powodowały choroby układu oddechowego wiele wiele lat wstecz. I te choroby były i są uleczalne. Tak samo jak covid jest uleczalny. Tylko panika, strach przed konsekwencjami, przed powikłaniami, przed szpitalem, przed śmiercią powoduje, że przechodzimy to zarażenie dużo ciężej i gorzej. Lęk ten podsycany jest przez ludzi, którzy sami się nakręcają. Ja, mimo, że to do mnie zupełnie niepodobne, podchodzę do covida na totalnym luzie. Jeśli będę dbać o odporność i nie ulegnę panice - nic się nie stanie.
No dobrze, ale jak dbać o te odporność?
Spokój, spokój i jeszcze raz spokój. Odłączyć media, albo pamiętać, by dokładnie "przesitkować"
w głowie przekazywane informacje.
Jeść zdrowo i smacznie. Choć bym się zarzynała dietą, jeśli się boję, to zdrowe żywienie nie pomoże. Organizm zareaguje na emocję strachu i uruchomi program naprawczy ( o nich w innych postach).
Dostarczać sobie tlenu. Jeśli tylko można, wychodzić na powietrze, bez maseczek, i oddychać przysłowiową pełną piersią.
Suplementy? Ja owszem. Korzystam z suplementacji witaminy D oraz biorę probiotyki i kwasy omega (niestety nie przepadam za rybami) Ale oczywiście zamiast suplementów, można działać odpowiednią dietą.
Wierzyć, że wszystko dzieje się po coś. Organizm wie, co robi. Nie chce nam zrobić krzywdy. Wręcz przeciwnie - ciało człowieka robi wszystko, aby się uratować. To do mózgu, a najbardziej jego podświadomej części należy to, aby pomóc ciału się zregenerować.
O emocjach i ich wpływie na zdrowie napiszę innym razem. Życzę zdrowia i spokoju. Cały wszechświat działa przecież na naszą korzyść.
Komentarze
Prześlij komentarz